RSS
sobota, 06 grudnia 2008

Mój Misiek zawsze robił mi dobre prezenty. Zawsze wiedział co mi się podoba, o czym marzę i jaki noszę rozmiar. Zdaję sobie jednak sprawę, że nie każdy facet potrafi kupić cokolwiek swojej kobiecie. Pamiętam kilka lat temu robiłam z moimi przyjaciółkami spotkania przy winie, które polegały oczywiście na plotach ale przede wszystkim na wyciąganiu z szaf najbardziej nieudacznych prezentów. Dodam, bo to ważne wręczanych przez rożnych ludzi i przy rożnych okazjach. Do tego zawsze jeszcze była jakaś historia wręczania tego prezentu lub cała filozofia jego zdobywania. Oj to był śmiech. Moim najgorszym prezentem był moherowy sweter, taki długi, rozpinany za kolana. Moher nie był jego największy problemem, kolor to było to. Jeśli macie dzieci i przypomnicie sobie ich kupki z pierwszych kilku tygodni życia - to będziecie wiedzieli jaki kolor miał mój extra sweter. Na liście prezentów roku były też używane okulary kupione na bazarze, ale w Paryżu, wiec były lepsze od tych co je pan na bazarze szembeka z samochodu sprzedaje, no i jeszcze kapelusz kowbojski chyba za 200 dolarów. Męski dodam. Ale medal ma dwie strony.

Raz zostałam wyśmiana przez mojego małżonka, zaraz po tym jak rozpakował prezent. To było przy okazji świąt jakieś 4 lata temu. Kupiłam mu fifkę do papierosów połączoną z pierścieniem do palca środkowego. Całą wysadzaną cykoriami z olbrzymią kokardą na końcu. Stylizowana na lata 20. Bardziej biżuteria niż przedmiot użytkowy. Poszukam jej zdjęcia w internecie to może dołączę. Piękna, ale bardzo metroseksualna. W Utopii byłaby hitem. No i jeszcze kosztowała 800 złotych. Teraz leży w mojej szkatułce i jest przedmiotem na który lubię patrzeć, natomiast Michał, jak jest okazja i jak mu się przypomni, uwielbia mi ten właśnie prezent wypominać.

See u O.

Po Mikołajkach:

No to chyba byłam grzeczna przez cały rok..... Mikołaj przyniósł mi wspanialy prezent! Taki, ktory codziennie będzie mi przypominał jak malo czasu mi zostało na przedświąteczną organizację .Zegarek CK w różowym złocie. Wspanialy!!!! Tym bardziej, że w ostatnich tygodniach zepsuły mi się dwa zegarki. 

12:32, odetamf
Link Komentarze (4) »
piątek, 05 grudnia 2008

Miałam dzisiaj przedsmak tego co się wydarzy już wkrótce. Mam na myśli oczywiście kolację wigilijną. Wróciłam po całym długim i ciężkim dniu pracy do domu z torbami jak wielbłąd dwugarbny. Ledwo je wytargałam z samochodu i ledwo je wniosłam po schodach, rzuciłam na podłogę a okazało się, że jest juz 18.15 a ja na 19 mam gości. Zupę borowikową zrobiłam wczoraj, ale co dalej??? Jak zwykle w planach miałam wiele potraw i jak zwykle na planach się skończyło. Rzeczywistość przyniosła mi kilka sałat i sałatek, bliny z kawiorem, które robiłam bardzo długo - w końcu musiało starczyć dla 8 osób........... i dużo wina - co było najłatwiejsze do ugotowania!!!!

Mówi się, że kobiety mają podzielność uwagi, ale to co potrafimy wykonać w kuchni jak nam się spieszy i do tego nam zależy, żeby wszyscy wyszli zadowoleni. Jedną macką kroimy kapustę, dużym palcem prawej stopy mieszamy ryż, prawą ręka obieramy ziemniaki a lewą wstawiamy naczynia do zmywarki, bo my - babki - w kuchni potrafimy zostawić po sobie porządek jak gotujemy. Nie tak jak płeć przeciwna. Wszystko się udało. Goście wyszli zadowoleni, najedzeni, przede wszystkim "nie spragnieni". Ja szybciutko pozmywałam gary, umyłam się, wypachniłam - bo kobieta jak leży to musi pachnieć (nie bigosem czy cebulą).

Usiadłam jeszcze do komputera, bo rano obowiązki......Dziecko pobudka.........dziecko mycie, dziecko śniadanie, dziecko przedszkole......a tu niespodzianka praca........ spotkania.........bieg.......korek.............kawa.......osiemnasta i powtórka z rozrywki.....A gdzie moje prywatne osobiste kilka minut?? Ach musze to powiedzieć, dziś po 16.30 wjechałam na parking Złotych Tarasów - chciałam tylko wpaść do jednego sklepu i wiecie co? Wbiłam się tam w tak potworny korek, że postałam 30 minut pod ziemią, nie znalazłam miejsca do zaparkowania, więc pokręciłam trochę i stała się jasność, wyjechałam na powierzchnię. Tam dopiero uświadomiłam sobie, że wszyscy biegają za prezentami, bo przecież ten "do buta " przechodzi już jutro.........polerujcie........ Macie czas do jutra, szczotki w dłoń. Ja w tym roku uważam się za kogoś lepszego, bo prezenty kupiłam przez internet. Nigdzie nie stałam w żadnej kolejce - no oprócz tej na poczcie. A o niej można czternastotomową encyklopedie napisać :)) 

22:33, odetamf
Link Komentarze (4) »
czwartek, 04 grudnia 2008

Dziś całą noc śniła mi się praca, korytarze, budynki, zarząd TVP. Było tak realnie, że rano robiąc  kawę nie byłam pewna, czy tam jeszcze pracuję czy już nie. Wszystko było fikcją, ale wróćmy na ziemię.

Odwiozłam Sonię do przedszkola, Misiek odwiózł się do radia, a ja mam chwilę.. Mam też wielkiego lenia. Jestem rozbita. Wiem, że mam mnóstwo obowiązków, ale nie wiem od czego zacząć. Może to przez pogodę? Najlepiej byłoby zacząć od wypoczynku. Może taki relaks na początek ciężkiego dnia naładuje mi baterie? Oj, nie oszukujmy się. To, że piszę bloga i leżę na sofie jest tylko wymówką od tego, żeby ubrać się i pojechać do biura, otworzyć kalendarz i zaliczyć mikro wylew. I te telefony, każdy kryje za sobą miliony obowiązków. Jestem pewna, że „telefony" zespołu Republika powstały w okresie przedświątecznym. No dobrze, po kolei.

Najpierw przydałoby się ustalić u kogo w tym roku są święta, a żeby to zrobić konieczne są podchody. Wystarczą telefoniczne. Trzeba wybadać grunt. Takie podchody rodzinne zawsze trwają jakiś czas. Zaczynają się od zwykłego telefonu, co słychać, a kończą na haśle „a co ze świętami?" mało czasu zostało musicie się zastanowić". Wszyscy przyzwyczaili się, że święta są u nas, tylko jak tu zostać zaproszonym, a się nie wpraszać. Uwielbiam to. Jest to element świątecznego folkloru. Tymczasem my zafundowaliśmy rodzinie małą piłkę zmyłkę. Tak jak pięć lat temu. Wówczas, wzięliśmy małą 40 cm choinkę, złote papierowe talerze, kilka słoików z bigosem, zupą grzybową, barszczem, pierogami itp.. i uciekliśmy samochodem na Słowację. Pojechaliśmy tam w ciemno. Był 24 grudnia i nie mieliśmy nawet zarezerwowanej żadnej kwatery. Dojechaliśmy na miejsce około godz. 15. Robiło się ciemno. Poprosiliśmy lokalnego taxidrivera, żeby wskazał nam albo hotel, albo jakąś kwaterę. Udało się, za grosze mieliśmy dwa pokoje z łazienką. Fajne mieszkanie. Jadalnia. Duży stół. Wystawiłam więc moje papierowe złote talerze, choinkę i mieliśmy Wigilię we dwoje. Wspomnienie wspaniale, ale jak to na każdym wyjeździe. Musiałam się rozchorować. Tym razem obudziłam Michała o 4.30 rano z hasłem na ustach „muszę do szpitala". Był oporny, ale nawet przez sen zauważył, że nie odpuszczę. Pojechaliśmy do szpitala do Popradu, bo ten był najbliżej. Na nocnym świątecznym dyżurze przyjął mnie tzw. „czeski doktor". Do dziś pamiętam jego śmieszne sandały i okropne skarpetki. Dostałam „tramal" i spałam do rana jak zabiła. Co mi było zapytacie? Uwaga - Blondynce w Wigilię zaczął rosnąć ząb mądrości!!!! Dostałam od tego takiego ściskoszczęku, że nie byłam w stanie nic się napić, bo nawet zapałka nie wchodziła mi między zęby. Do tego potworny ból i problemy z przełykaniem śliny. To były chyba jedyne święta, kiedy nie miałam problemu z nadwagą. Jedyne święta, kiedy prawie nic nie zjadłam. Na Słowacji zostaliśmy jeszcze tydzień i codziennie jeździliśmy do szpitala, gdzie milimetr po milimetrze otwierano mi paszczę. Nic nie jadłam, nic nie piłam, niewiele gadałam, prawie nic nie pojeździłam na desce, a przecież po to tam pojechaliśmy. I co najgorsze......NIC NIE SCHUDŁAM i co najważniejsze nic nie przytyłam. 

Przypomnę Wam jeśli nie wiecie, diety nie działają, gdy zwierzęta ludzkim głosem gadają. Najlepiej do nich przystąpić 1 stycznia, a że pierwszy 1.01 jest tylko raz w roku zawsze można zaczynać dietę co poniedziałek. Obżarstwo, postanowienia noworoczne jeszcze nie raz odbijają się nam czkawka przed świętami.. A wracając do piłki zmyłki, w tym roku też chcemy wyjechać, ale w pierwszy lub drugi dzień świąt.  Więc wygodna byłaby Wigilia nie u nas, a gościnna. Jak to się skończy zobaczymy.....

13:38, odetamf
Link Komentarze (2) »
wtorek, 02 grudnia 2008

Tak jak co roku, zawsze nie w porę, zawsze w momencie kiedy nie mamy czasu!!! A do tego te korki. Wbijamy się samochodem w jakąkolwiek arterię i zostajemy tam na długie nudne, powodujące ból głowy chwile. Zawsze o tej porze roku płaciłam większe rachunki telefoniczne, nie dlatego, że składałam życzenia wszystkim, ale dlatego że był to okres ostrych dyskusji z koleżankami. W tym roku wszystkie mają małe plączące dzieci, stękającego męża, prace na pełnym etacie w korporacji i w domu i tylko dwie ręce, więc czas na rozmowy poważnie nam się skurczył. Dlatego chyba moja obecność tutaj. Ale to nie cala prawda..... Pamietam jak odebralam telefon z Tchibo i zapytaniem, czy przyłączę się do pisania bloga świątecznego. Bloga???? Hmmmm... Super, tylko wtedy nie mogłam sobie przypomnieć, jak wygląda grudniowe życie. Może dlatego że stałam w klapeczkach na tarasie i delektowałam się ciepłym wiaterkiem pomiędzy palcami u stop. Nie wiem dlaczego, ale nigdy wcześniej nie pokusiłam się o pisanie bloga. Może dlatego, że nie mam w sobie pierwiastka polityka. Oni eksponują się, gdzie mogą. Ale jestem i będę dzielnie walczyć, nie ze świętami, prezentami czy tradycją, ale ze sobą.... z systematycznością, ktorej nie mam, a przed świętami i przy pisaniu boga jest ona na wagę złota.. 

Do rzeczy!!! Poznaję nowe uroki posiadania świętego spokoju. Jest późno, wszyscy śpią. Wszyscy - czyli Sonia 5,5 i Michał tylko 30 lat od niej starszy. Mogłabym poczytać książkę, ale „Medycynę w służbie nazizmowi" już skończyłam. Mocna lektura. Ale o niej później, bo Niemcy to nie temat na początek......więc..... mogłabym poczytać, ale nie mam odwagi wchodzić do Empiku, po następną pozycję. Tam dopiero czuć święta. Wszędzie łokcie, kolejki i momentami wyczuwalny zapach potu.....znany szerszemu gronu jako „pacha". Znane wszystkim pakowanie czegokolwiek co w dobrej, „promocyjnej cenie" do koszyka, bo zawsze jest jakaś ciocia lub wujek, którym nie wiadomo co kupić. Co roku obiecuje sobie, że w tym roku będzie inaczej, ża prezenty kupię już w listopadzie a potem będę się tylko śmiać z tych frajerów w kolejkach, korkach - oblanych potem. I co roku okazuje się, że jestem tak samo spocona jak oni. No cóż mam jeszcze chwilę, więc może z Waszą pomocą znajdę kilka wyjątkowych rozwiązań tej sytuacji????? Po to by Was wprowadzić powiem że mam bardzo wymagającą rodzinę. Sonia ma prawie 6 lat i od miesiąca codziennie dyktuje mi list do Św. Mikołaja. Jest to słodkie i rozwalające. Ona dyktuje - ja piszę. Oprócz milionów różowych i diamentowych gadżetów, przysięga że była, jest i że będzie grzeczna. Wyznaje Mikołajowi miłość - trzeba tu dodać, że co roku w grudniu kocha go tak, jak mamę i tatę. Nie będę Wam tego opisywać tylko dołączę skan. List jest pisany przez nią własnoręcznie. Bardzo krótki i na temat. Niestety Mikołaj może się przestraszyć. No i Misiek, ale to już chyba historia na jutro... Dobranoc...

List do Świętego Mikołaja

23:38, odetamf
Link Komentarze (3) »
wtorek, 25 listopada 2008

Od 3 grudnia zapraszam do odwiedzania mojego bloga. Już teraz zachęcam do zapoznania się z zasadami konkursu Tchibo Exclusive, w którym będę jurorem.

Pozdrawiam,

Odeta Moro-Figurska

12:07, odetamf
Link
1 , 2
 
| < Wrzesień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  
konkurs
  • Małgorzata Kalicińska
  • Monika Luft
doskonały nastrój